á
â
ă
ä
ç
č
ď
đ
é
ë
ě
í
î
ľ
ĺ
ň
ô
ő
ö
ŕ
ř
ş
š
ţ
ť
ů
ú
ű
ü
ý
ž
®
€
ß
Á
Â
Ă
Ä
Ç
Č
Ď
Đ
É
Ë
Ě
Í
Î
Ľ
Ĺ
Ň
Ô
Ő
Ö
Ŕ
Ř
Ş
Š
Ţ
Ť
Ů
Ú
Ű
Ü
Ý
Ž
©
§
µ
Silę się na słowny cud Od przystani do przystani Płynę łapiąc szczęścia łut Tak niech w życiu mym zostanie Ów tułaczy wieczny temat Podryfuję w te przystanie Zostawiając tam poemat… Robinson to również nałogowy bukinista, czytacz Eliota, który w jego esejach znajduje dla siebie drogowskazy. Wyznał, że nie mógłby się rozstać z twórczością Serge’a Gainsbourg’a. Frankofil, mający głowę otwartą na naukę płynącą z literatury, poeta zwiewnych smutków, głębokich żali, o osobowości skłonnej do manifestów i deklaracji, w sztuce upatrujący chwil wytchnienia na spienionym morzu dni. Dlatego wierzymy mu, kiedy kreśli samotność i ciszę plaży poza sezonem, zgiełkiem i czasem: Po burzy która nigdy nie ma Już końca, tam, gdzie nikt nie marzy W nadmorskim domku, ten poemat Napiszę – byłem w deszczu na plaży… To już jego trzecia książka z wierszami. Przypomnijmy wcześniejsze: „Słowa do pieśni” i „Pieśni bez nut”. Wyróżnienie muzyki od razu rzuca się w oczy. Robinson upodobał sobie muzykę Chopina, Liszta, Schuberta – światy gdzie głęboki smutek dyktowany jest podrygami serca, temperaturą chwili, efemerycznym nastrojem, rozgrzaną wrażliwością. Szukając dobrej metafory, która usidliła by jego twórczość, możemy zaryzykować i powiedzieć, że jego wiersz jest jak altanka stojąca na uboczu, w której pali się jeszcze ogarek, ale byle podmuch zgasi jego płomień, ludzie krzątają się po izdebkach w spokoju, pogodzeni z porami roku i kolejami losu, na stoliku leży otwarta książka, w kącie stoi pianino, na pulpicie rozgrzebane nuty, a przeszłość przegląda się w teraźniejszości i szuka dla siebie wyrazu.